Po wielu latach pracy w tygodniku „Nowiny Jeleniogórskie” przeszła do pracy w prasie codziennej, miała już swoje lata i doświadczenia. Sama mówi z uśmiechem, że to było „na stare lata”, kiedy zbliżała się do pięćdziesiątki. Dla wielu byłby to moment na zwalnianie tempa, dla niej – początek nowej szkoły życia. Redakcja Słowo Polskie okazała się miejscem wymagającym jak poligon. Krótkie terminy, presja czasu, ciasne łamy. Tam nauczyła się czegoś, co do dziś uważa za jedną z najważniejszych lekcji: dyscypliny słowa.
– „Mam skłonność do nadmiaru słowa” – przyznaje szczerze. – „A tam musiałam ciąć, skracać, wydobywać samą esencję”.
Każdy tekst trzeba było zredukować o połowę, czasem o dwie trzecie. Nagle okazywało się, że to, co wydawało się niezbędne, jest tylko ozdobnikiem. Zostać miało sedno. Sens. Odpowiedzialność. Dziennikarstwo stało się dla niej nie tylko zawodem, ale warsztatem myślenia. A przy okazji – jak zawsze – ludzie. To o nich mówi najwięcej. Redaktorzy, techniczni, reporterzy, całe środowisko lokalnych mediów. Wymienia nazwiska z czułością, jakby czytała rodzinny album. Jedni już odeszli, inni zostali tylko we wspomnieniach. „Tyle tych postaci… tak szybko ludzie odchodzą” – mówi cicho. I dodaje coś, co brzmi jak jej życiowe credo: że „warci jesteśmy tyle, ile wspomnień po nas zostanie”.
Może właśnie dlatego tak naturalnie przeszła od pisania o innych do tworzenia przestrzeni dla cudzych głosów.
Z reportażu w Świeradowie przywiozła nie tylko materiał do gazety, ale przyjaźń. Razem z Zofią Prysłopską wpadły na pomysł, by pomagać ludziom pisać i wydawać książki. Zaczęło się od jednego, bardzo kruchego przypadku – tomiku wierszy młodego, chorego poety. Trzeba było zdobyć pieniądze, przekonać wydawcę, przejść przez urzędowe procedury. Udało się. I wtedy zrozumiały, że to może być coś większego.
Tak narodziło się Stowarzyszenie w Cieniu Lipy Czarnoleskiej. Nazwa nieprzypadkowa – odwołanie do Kochanowskiego, do tradycji, do korzeni polszczyzny. Pod tą „lipą” zaczęli gromadzić się ludzie zakochani w słowie. Debiutanci, seniorzy, poeci z szuflady, nauczyciele, lekarze, pasjonaci. Maria mówi o nich z czułością: „kocham tych ludzi, którzy mają w sobie taką pasję, lubią definiować słowem literackim świat”.
Z jednego tomiku zrobił się ruch. Almanachy, autorskie książki, kolejne publikacje. W sumie – ponad sto czterdzieści tytułów. Prawdziwa mała oficyna, społeczna, tworzona siłą serc, nie budżetów. Później przekształcili się w lokalne stowarzyszenie, już mocniej zakorzenione w Jeleniej Górze, ale duch pozostał ten sam: wspierać, wydobywać talenty, dawać głos tym, którzy nie mają odwagi zapukać do wielkich wydawnictw. To chyba najpełniej pokazuje, kim jest Pani Maria. Nie tylko autorką, ale kimś, kto buduje wspólnotę.
Dziś ma 87 lat. Mówi to z lekkim zdziwieniem, jakby chodziło o kogoś innego. Nadal jeśli czuje się dobrze chodzi do kościoła, na spotkania literackie, do KSON-u, do ludzi. Czasem ktoś ją zatrzyma na ulicy: „Dzień dobry pani Mario”. Rozpoznają ją. Pamiętają teksty, rozmowy, obecność. To dla niej największa nagroda.
Kiedy pytają ją o starość, nie narzeka. Używa określenia, które brzmi jak zaklęcie: „charyzmat radości życia”. Straciła bliskich, przeszła choroby, nawet COVID przywiózł ją z zagranicy prosto do szpitala. A jednak, gdy wracała do Jeleniej Góry i patrzyła na znajome ulice, pomyślała tylko: jaki ten świat jest piękny. Ilu wspaniałych ludzi poznałam. Jak bardzo warto żyć. I to cała Ona.
Więcej z cyklu Jeleniogórzanie w Radiu KSON. Słuchajcie – warto!













