Na Dolnym Śląsku są miejsca, gdzie historia nie milczy. Wmurowana w kamień opowieść o gniewie, śmierci i próbie odkupienia wciąż czeka na uważnego przechodnia. Wystarczy spojrzeć na stare krzyże – na przykład w Miłkowie - by zrozumieć, że nie są one jedynie zabytkiem, lecz niemym świadkiem brutalnych zbrodni sprzed wieków.
Dolny Śląsk przez stulecia zmieniał swoich władców i mieszkańców, a wraz z nimi kształtowały się wyjątkowe formy kultury i prawa. Jednym z najbardziej przejmujących ich śladów są krzyże pokutne – kamienne znaki stawiane w miejscu morderstwa. Były one częścią surowej, ale symbolicznej kary. Sprawca musiał pochować ofiarę na własny koszt, zapłacić kościołowi, ponieść koszty procesu, utrzymywać rodzinę zabitego i wystawić krzyż lub kapliczkę z wyraźnym znakiem narzędzia zbrodni. Dopiero wtedy, przy kamiennym pomniku, następował akt przebaczenia ze strony bliskich ofiary.
Zwyczaj ten pojawił się pod koniec XIII wieku i przetrwał do pierwszej połowy XVII stulecia. Później krzyże fundowały już same rodziny zamordowanych, aż w końcu tradycja zanikła. W Miłkowie zachowały się trzy takie krzyże, dziś wmurowane w zewnętrzny mur cmentarza, datowane na XIV–XVI wiek.
Najstarszy z nich, wykonany z piaskowca, nosi wyraźne ryty miecza i stóp. Według jednej interpretacji są to stopy rycerza w zbroi, który po śmiertelnym ciosie mógł jeszcze zadeptać ofiarę. Inni widzą w nich znak zawodu zamordowanego szewca. Różna wielkość stóp rodzi kolejne pytania: czy w zbrodni brało udział więcej osób, a może jedna z nich była kobietą? Odpowiedzi już nie poznamy.
Drugi krzyż ma wyrytą kuszę, trzeci – o formie maltańskiej – przez lata pozostawał ukryty pod tynkiem muru.
Każdy z nich to fragment mrocznej historii, w której krew, prawo i pokuta zostały na zawsze zapisane w kamieniu.